Kategorie
Trudne sprawy

Życie seksualne Tulipskich

Kiedy w 1929 roku Bronisław Malinowski opublikował „Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”, złakniony pikatnych szczegółów lud rzucił się na dzieło jak na świeże torebki Witchena w Lidlu. Biedaki, nie mogli wiedzieć, że o wiele bardziej pikantne szczegóły spod pióra Bronia wyjdą na światło dzienne 38 lat później, i to będą dotyczyć samego, już świętej pamięci, Bronia (fantastyczna historia, gorąco polecam). Przyznaję, że oddając w Wasze ręce to szczegółowe studium naszego życia erotycznego, liczę na podobny efekt, bo czym się wybić w internecie jak nie seksem.

Życie seksualne Tulipskich jest oczywiście bardzo bogate i satysfakcjonujące, ale aby do niego doszło, muszą zostać spełnione określone warunki. O których to warunkach opowiem Wam teraz ze szczegółami.

Warunek pierwszy, logistyczny

Nie wiem, jak to wygląda u innych ludzi i niespecjalnie się tym interesuję, ale u Tulipskich stworzenie odpowiednich warunków do jakichkolwiek zbliżeń wymaga niezwykle skomplikowanych działań logistycznych. I wcale nie mam na myśli rozpalenia tysiąca świec ani wyboru najbardziej romantycznej playlisty, dajcie spokój.

Przede wszystkim, koniecznym jest pozbycie się Dzieckowskiej o godzinie, która nie skreśla wszystkich pozostałych zadań przewidzianych w harmonogramie. Jest to bardzo trudne, albowiem plan Dzieckowskiej jest zazwyczaj niekompatybilny z zaleceniami WHO, psychologów dziecięcych oraz jej własnych rodziców.

Jeżeli zdarzy się, że uda nam się wykąpać, najeść, uśpić dziecko i nie padać po tym na twarz (każdy na własną), możemy przystąpić do właściwej części wieczoru. Właściwa część wieczoru polega na nadrobieniu rzeczy, których nie udało nam się zrobić w ciągu dnia, czyli zazwyczaj wszystkiego. W wariancie mniej romantycznym, jedno z nas stoi nad garami próbując wyczarować obiad na następny dzień a drugie na przykład zamawia online produkty spożywcze na ten sam obiad. W wariancie bardziej romantycznym, wysyłamy służbowe maile siedząc na jednej kanapie.

W zależności od tego, ile upojnych godzin w ten sposób spędzimy, możliwe zakończenia są dwa. Pierwsze (realistyczne) zakłada, że doczołgujemy się razem do łóżka, by spocząć w nim na dobre, przy czym dla mnie oznacza to sen a dla Tulipskiego, który oficjalnie nie śpi, oglądanie dzieł kinematografii dopóki ogarnia co się dzieje. Drugie zakończenie (optymistyczne) jest takie, że jest jeszcze szansa na dalszy rozwój wypadków w kierunku erotycznym. O ile, oczywiście, zostaną spełnione pozostałe warunki.

Warunek drugi, społeczno-polityczny

Kolejne uwarunkowanie jest ściśle związane z tym, co słychać w Polsce i na świecie. To znaczy im bardziej skomplikowana jest sytuacja społeczno-polityczna, tym trudniejsza w realizacji staje się sytuacja damsko-męska.

Jako ludzie aspirujący do miana dobrze zorientowanych, musimy być na bieżąco, co oznacza, że chorujemy, gdy nie wiemy, co się dzieje. Gdy wiemy w sumie też, ale przynajmniej wiemy dlaczego.

Problem pojawia się, gdy dzieje się dużo ważnych rzeczy, bo nasz salon zamienia się wówczas w swego rodzaju siedzibę sztabu zarządzania kryzysowego. Z uszami w specjalnych wydaniach serwisów informacyjnych i oczami w telefonach, łowimy każdy strzęp informacji a potem godzinami dywagujemy nad jego znaczeniem w kontekście dalszych losów wrzechświata. W sztabie kryzysowym powietrze jest gęste od napięcia, niestety nie erotycznego. Na to nie ma ani czasu, ani przestrzeni. Czasu, bo jesteśmy zajęci fachowym analizowaniem i komentowaniem rzeczywistości, a przestrzeni, bo kiedy w naszym zakątku świata dzieją się rzeczy ważne, zazwyczaj wysysają z człowieka wszelką energię, a zwłaszcza pozytywną.

Cóż ja na to poradzę, że aktualny klimat społeczno-polityczny nie robi dobrze ani populacji, ani kopulacji. Z tego też powodu, gdybym miała podsumować nasze życie seksualne w ciągu ostatnich kilku tygodni, powiedziałabym, że był to czas obfity w ważne wydarzenia.

Ale to jeszcze nic.

Czasem jakimś cudem zdarzy się, że mimo wszystko lądujemy w łóżku w celach sportowo-rozrywkowych. Na przekór losowi, ale przynajmniej w zgodzie z własnym instynktem samozachowawczym. Niech wali się świat, przynajmniej umrzemy szczęśliwi. I właśnie w chwili, gdy zalegamy na łożu, rozlega się „fiu fiu”. „Fiu fiu” świadczy o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że Tulipski nie wyciszył telefonu oraz po drugie, że któryś z obserwowanych przez niego polityków lub publicystów zamieścił na Twitterze wpis. Ów dźwięk brzmi całkiem zalotnie, więc można by go od biedy uznać za czynnik stymulujący. Problem polega na tym, że to charakterystyczne gwizdnięcie natychmiast uruchamia w głowie Tulipskiego proces domysłów co do autora i treści zamieszczonego wpisu—może znowu wyciekły jakieś taśmy? Ktoś się skompromitował? Albo Tygodnik NIE zamieścił mema, którego nie można przegapić?—w każdym razie jeśli chodzi o sytuację łóżkową, o żadnym „fiu fiu” nie może być już mowy.

Czy to nie ostateczny dowód na to, że polityka wchodzi nam do łóżek?

Sytuacja wydaje się beznadziejna, a to przecież nie koniec, bo jest jeszcze

Warunek trzeci, twórczy

Przyznaję, że moja działalność kronikarsko-fabularna pobudza mnie wyłącznie umysłowo i inne ewentualne pobudzenia spycha na dalszy plan. Kiedy piszę, można do mnie mówić, można na mnie krzyczeć a nawet dźgać w żebra i ja tego faktu prawdopodobnie nie zarejestruję. Taki stan psychicznej absencji oczywiście nie sprzyja erotycznym uniesieniom z mojej strony. Ze strony Tulipskiego takie uniesienia—technicznie rzecz biorąc—byłyby zapewne możliwe, ale Tulipski mimo wszystko woli jak jestem obecna również duchem. Za co trudno go winić.

Wydawałoby się, że to żadna wielka przeszkoda, sporadyczny problem najwyżej, gdyby nie fakt, że piszę cały czas.

Nie wiem, jak to wygląda u innych osób, chociaż bardzo się tym interesuję, ale u mnie pisaniem nie jest niestety stukot klawiatury. Stukot klawiatury oznacza spisywanie, czyli zwieńczenie mąk, które trwały na długo zanim do stukania w ogóle doszło i będą trwały jeszcze długo po tym, kiedy ucichnie.

Bo kiedy nie czerpię wątpliwej przyjemności z gapienia się w wolno zapełniającą się stronę edytora tekstowego, zadaję sobie ból na wiele innych sposobów. Na przykład notuję pomysły i błyskotliwe żarty, bez których świat nie może dalej istnieć. Albo komponuję wyszukane formy i niewyszukane puenty, ponieważ nie da się mieć wszystkiego. Lub też zabawiam się w dekonstruowanie związków frazeologicznych i znanych schematów fabularnych, bo przecież nie po to zostały wymyślone, żeby je tak zostawić. W ostateczności zastanawiam się, co mogłam zrobić lepiej w tekście, który już opublikowałam. Cały proces przebiega spontanicznie i chaotycznie; czasem po drodze zabraknie mi tchu z zachwytu nad własnym geniuszem lub wyskoczę pod niebiosa rażona piorunem natchnienia, jednak najczęściej siedzę nieobecna, widocznie cierpiąc.

Jeżeli zatem kiedykolwiek odczuliście ból czytając moje wpisy, to ja ten ból rozumiem i podzielam i łączę się w nim z Wami. Ale pomyślcie sobie, że w kontekście tematu dzisiejszego wpisu, moje i Wasze cierpienie jest niczym wobec cierpienia Tulipskiego. Bo dopóki trwa moja katorga i dopóki on musi się jej przyglądać, dopóty żadne z nas nie może sobie w tym cierpieniu ulżyć.

Zdarzenia losowe

Jak widać, organizowanie sobie romantycznych doznań wymaga u Tulipskich niezwykłej determinacji i wyjątkowo sprzyjającej aury. Być może los uznał, że mamy tak bogate życie wewnętrzne, że równie bujne życie erotyczne byłoby niebezpieczne, nie wiem. W związku z tym wysyła różne znaki ostrzegawcze, kiedy jego zdaniem przeginamy z częstotliwością lub intensywnością. Znaki ostrzegawcze mają charakter zdarzeń losowych.

I ja tu nie mówię o tym, że na ostatniej prostej rozgrzewki Dzieckowska rozedrze się wniebogłosy, domagając się, by ktoś z nią poleżał, najlepiej do rana. Mówię o zdarzeniach losowych, czyli niemożliwych do przewidzenia. Jeżeli jeszcze nie zrozumieliście, nocne żądania Dzieckowskiej do takich nie należą.

Niedawno spędzaliśmy miłe chwile w sypialni, a konkretnie spędzałam ja, bo—proszę powstrzymać wodze fantazji—Tulipski masował mi plecy. Wtem, zupełnie znienacka, rozległo się złowrogie „gżżżżżżżżż”. Brzmiało to jak wiertarka albo młot pneumatyczny, co samo w sobie było dziwne, zważywszy na poźną porę. Jednak dużo dziwniejsze było to, że dźwięk zdawał się dochodzić z naszego mieszkania. Tulipski podjął się zlokalizowania i zneutralizowania źródła hałasu.

Słyszałam, jak otwiera szafki w kuchni oraz lodówkę a następnie wchodzi do łazienki. W chwili otwarcia drzwi dźwięk stał się wyraźniejszy i zrozumiałam, że straszne warczenie dobiega z golarki elektrycznej, która najwyraźniej postanowiła się sama włączyć i urozmaicić nam wieczór. Tulipski widocznie również zrozumiał, bo kolejne dźwięki, które usłyszałam, były wyraźnie odgłosami walki. Przypominam, że ja zostałam w łóżku, więc moja relacja będzie miała charakter wyłącznie wrażeniowy i onomatopeiczny.

Gżżżżżżżż.

Pstryk. Pstryk.

Gżżżżżżżż.

Łup! Łup! Łup!

Gżżżżżżżż.

ŁUP!

Gżż. Gżż. Gżż.

Taktyka Tulipskiego, czymkolwiek była, nie przynosiła chyba spodziewanych rezultatów. Dźwięki stawały się coraz bardziej dramatyczne i zrozumiałam, że jestem nausznym świadkiem nierównej walki. Golarka zmieniła ton na taki, który towarzyszy cięciu włosów, a Tulipski dziwnie sapał. Zaczęłam podejrzewać, że maszynka, odkrywszy w sobie pokłady energii wystarczającej do samoczynnego uruchomienia, postanowiła poeksplorować swoje inne możliwości. Kiedy, płacząc ze śmiechu, zaczęłam się zastanawiać, z jaką fryzurą i iloma kończynami wróci do mnie Tulipski, potworne gżygrzenie ucichło. Mój rycerz wrócił bez większych zmian w fizjonomii.

—Wyłączyłem maszynkę.

—Słyszę. Cieszę się, że jesteś cały.

—Tylko chyba nie będzie się dało jej ponownie włączyć.

—Co jej zrobiłeś?

—Unieruchomiłem jej ostrza butem Barbie.

Tulipski jeszcze próbował mnie masować, ale odpuścił, bo trzęsące się ze śmiechu ciało podobno nie wymaga masażu.

Szczęśliwy finał

Słuchajcie, jest godzina dwudziesta trzecia i właśnie skończyłam wpis, który nie dawał mi żyć od kilku dni. Dzieckowska w majestacie swym nieskończonym śpi i wszystko wskazuje na to, że mamy na jutro jedzenie. Jeśli chodzi o sytuację polityczną, to szczerze mówiąc nie mam pojęcia na czym stoimy, bo przecież pisałam. O dziwo, z tą niewiedzą czuję się całkiem dobrze. Chyba nic się nie stanie, jeśli dziś wyjątkowo odpuszczę sobie prasówkę? W sumie, bez prądu i WiFi chyba też da się żyć, więc na wszelki wypadek wyłączę wszystkie urządzenia.

Stosunkowo udanej nocy,

Tulipska


Opcja dla introwertyków: jeżeli napisanie komentarza znajduje się na granicy Twojej strefy komfortu, możesz wybrać reakcję, która najlepiej oddaje Twój stan po przeczytaniu tego tekstu. Szybko, wygodnie i anonimowo. Nie dowiem się, że to Ty. Chyba że się dowiem.

3 odpowiedzi na “Życie seksualne Tulipskich”

Nie jest trudno się domyślić, Tulipsko, że jesteś bardzo zajęta, ale my tu czekamy….
Piękne pozdrowienia.

No wiem, wiem, głupio mi okropnie. Aktualnie to życie zajmuje się mną, więc trochę wypadłam z normalnego rytmu, ale liczę na to, że okoliczności pozwolą mi coś opublikować w przyszłym tygodniu!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *