Kategorie
Klan Porażki małe i duże

Złośliwość dwuśladów

Mam wrażenie, że samochody nas nie lubią.

Nie wiem czy chodzi o styl jazdy Tulipskiego czy ogólnie o styl bycia pasażerów, ale jedno jest pewne: musi być w nas coś, co sprawia, że auta, które wybieramy na towarzyszy naszych podróży, robią wszystko, byśmy znaleźli sobie innych kompanów.

Złośliwość rzeczy martwych, powiecie. Z tą złośliwością to bym się bez problemu zgodziła, natomiast kwestia rzeczy martwych jest o wiele bardziej problematyczna. Po tym, co przeczytacie, sami uznacie, że to niemożliwe, by auta nie były istotami posiadającymi świadomość, inteligencję i instynkt przetrwania.

Dwie Renaty

Najpierw była Stara Renata. Stara Renata od naszego towarzystwa wolała czułe dłonie mechanika, w związku z czym co kilka tygodni dawała znać o coraz to nowej przypadłości. Ludzie od Obsługi Zdarzeń naszego pakietu Assistance po jakimś czasie zaczęli odbierać ode mnie telefony mówiąc: „Dzień dobry, pani Tulipska, znowu Stara Renata? Gdzie tym razem wysłać lawetę i auto zastępcze?”. Było to w czasach, gdy można było zgłosić nieograniczenie wiele Zdarzeń, ale potem zmienili regulamin i ograniczyli liczbę Zdarzeń do dwóch w roku. Jeżeli mieliście ten sam pakiet i któregoś dnia odkryliście, że Wasz limit na ten rok się wyczerpał, wiedzcie, że to nasza, a raczej Starej Renaty, wina.

Kiedy Stara Renata doszła do wniosku, że wszystkie jej wysiłki idą na marne, zmówiła się z mocami nadprzyrodzonymi i sprawiła, że w bezwietrzny dzień spadł na nią trzymetrowy konar. Trzeba jej przyznać, że mimo całej do nas niechęci, zrobiła to w sposób humanitarny, bo wybrała moment, kiedy nie było nas w środku. Z wdzięczności albo sentymentu kupiliśmy kolejną Renatę, tym razem Szarą.

Szara Renata po swojej poprzedniczce odziedziczyła miłość do mechanika, ale obrała inną taktykę. Postanowiła zapadać wciąż na to samo, a nuż kiedyś nam się znudzi. Regularnie więc, raz na kwartał, odstawialiśmy ją do warsztatu z przestawionym rozrządem. W końcu wkurzyła się nie na żarty i przeskoczyła ten rozrząd tak, że aż powykręcały jej się jakieś tam zawory i należałoby przeszczepić silnik. Przeszczep silnika był nieopłacalny, dlatego machaliśmy jeszcze długo po tym, jak Szara na lawecie zniknęła za zakrętem.

Peżot

Po dwóch zbuntowanych Renatach postanowiliśmy spróbować czegoś nowego. Z nieznanych mi powodów Tulipski (wciąż) kocha francuskie samochody, stanęło więc na Peżocie.

Peżotowi ewidentnie podpasowaliśmy bardziej niż Renatom, bo poza nielicznymi wyjątkami, nie robił żadnych problemów. No ale ostatnio zaczęliśmy w nim spędzać o wiele więcej czasu, z rozśpiewaną Dzieckowską na pokładzie w dodatku, i nawet on, w cierpliwości swojej nieskończonej, uznał chyba, że miarka się przebrała.

Jedziemy sobie jak zwykle, jest rano, my trochę spóźnieni i planujemy szczegóły dnia, który przed nami. To ważny dzień, dodajmy, więc wszystko musi być dopięte na ostatni guzik.

I wtedy na tablicy rozdzielczej zapalił się na czerwono napis STOP, który naogół oznacza ZATRZYMAJ SIĘ COKOLWIEK TERAZ ROBISZ, a zaraz po nim tajemnicza ikona. Ikony, jak wiadomo, powstały po to, by oszczędzić miejsce i uprościć przekaz, jednak producenci naszego pojazdu na wszelki wypadek komunikat wizualny uzupełnili komunikatem tekstowym, tłumaczącym tym mniej kumatym znaczenie tego pierwszego. Napis dla niekumatych wyświetla się na wyświetlaczu radia. Który z kolei od nowości, czyli od momentu, kiedy nabyliśmy auto od poprzedniego właściciela, działa tylko w zimie.

Przeżyliśmy chwilę grozy, ale ponieważ spod maski nie zaczęły się wydobywać dymy ani iskry, uznaliśmy, że sytuacja najwyraźniej nie jest na tyle poważna, byśmy nie mogli jechać dalej. Zamiast tracić czas na szukanie miejsca do zjazdu z eSki, spożytkujemy go na szukanie odpowiedzi w Google’u.

Dzieckowska zaczęła jęczeć, że chce jej się pić, a akurat nie mieliśmy na pokładzie żadnych napojów.

Matka siedzi z tyłu

Przyjrzałam się ikonie, ale z mojej perspektywy, czyli tylnego pasażera siedzącego nie za kierowcą, ale za miejscem pasażera przedniego, niewiele było widać. To, co ujrzałam, wyglądało jak koło, ale ścięte od dołu niczym zachodzące słońce linią horyzontu. Dodatkowo, okrąg przecinała skośna linia, jakby ktoś chciał zaznaczyć na tarczy zegara drugą godzinę, ale trochę za bardzo wyjechał na zewnątrz.

Właśnie tak to wyglądało z mojej perspektywy.

Odpaliłam wyszukiwarkę i zaczęłam wyszukiwać, ale Google nawyraźniej miał problem ze zrozumieniem, o co mi chodzi. A im bardziej Google nie rozumiał, tym bardziej dramatyczne były moje zapytania.

„Peżot czerwona kontrolka zachodzące słońce z jednym promyczkiem”
„Peżot czerwona tarcza do rzutków na tablicy rozdzielczej”
„co się dzieje mój Peżot wyświetla dziwne kółko z kreską”
„pomocy Peżot grozi mi tarczą czy jesteśmy bezpieczni?!”

Po kilkunastu bezowocnych próbach, poczułam, że coś tu nie gra. Ja, człowiek, który potrafi wyszperać każdą informację, ma zostać pokonany przez głupi łuk z patykiem?

—Tulipski, albo dziś w Google’u mają dzień wyświetlania losowych wyników wyszukiwania, albo to, co widzę, nie jest tym, co tam się wyświetla, w każdym razie musimy zmienić taktykę.
—Dobra, daj mi telefon, zrobię ci zdjęcie, to może wyszukasz obrazem.

Taktyka wymagała wykonania kilku ryzykownych manewrów, ale okazała się w swej pierwszej części na tyle skuteczna, że nie musieliśmy przechodzić do części drugiej. To, co zobaczyłam na wyświetlaczu telefonu, sprawiło, że odechciało mi się czegokolwiek wyszukiwać, może poza współrzędnymi najbliższej stacji benzynowej. Zobaczyłam bowiem nie zachodzące słońce czy tarczę, ale oponę, jak żywą, chociaż może nie żywą, bo spłaszczoną od dołu, a tajemniczy odstający patyk z tej perspektywy bardziej przypominał gwoźdź, otoczony malutkimi promyczkami, prawdopodobnie symbolizującymi uciekające powietrze. No naprawdę trzeba być orłem (albo Tulipskim), żeby tego nie rozszyfrować.

A tak teoretycznie widział to Tulipski.

—Orzeł, tu Jastrząb. Mamy kapcia, zjeżdżaj. Wróbel, zamilcz, zaraz kupimy ci wodę. Orzeł, powtarzam, zjeżdżaj natychmiast.

Orzeł posłuchał. Wróbel nie.

Czy jedzie z nami klucz

Podjechaliśmy na stację benzynową, odszukaliśmy kompresor i wysiedliśmy z samochodu. Ja wyskoczyłam jak poparzona, modląc się, by na BP była woda z Minionkami, a Tulipski przystąpił do oględzin.

Kiedy wróciłam z półlitrową wodą, kupioną za trzy złote osiemdziesiąt dziewięć groszy, Tulipski miał dla mnie dwie wiadomości, dobrą i złą oczywiście.

Dobra była taka, że opona nie była przebita. Zła, że podczas dopompowywania bezpowrotnie straciliśmy wentyl.

Tulipski otworzył bagażnik, wyjął zapasowe koło i zaczął wymieniać oponę. To znaczy zacząłby, gdybyśmy mieli klucz do kół. A okazało się, że klucza nie mamy.

Kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy da się zamieszkać na stacji benzynowej i przede wszystkim na ile dni starczy nam pieniędzy, zakładając, że będziemy musieli się tu żywić, pod kompresor podjechał Człowiek Dobrej Woli. Człowiek Dobrej Woli miał biały van i zestaw wszystkich kluczy świata. Tulipski padł na kolana. By dokonać wymiany, rzecz jasna.

W tym miejscu akcja nieco spowalnia, możemy więc na chwilę zostawić Tulipskiego z Człowiekiem Dobrej Woli przy Peżocie i zaprezentować

5 pomysłów na przeżycie na stacji benzynowej z trzylatkiem przez godzinę

  1. Wytłumacz dziecku na 10 różnych sposobów, że złapanie kapcia to nie zabawa polegająca na rzucaniu obuwiem
  2. Udaj się na myjnię ręczną i opowiedz szczegółowo o wszystkich fazach mycia. Jeśli aktualny klient wybrał program express, zaproponuj, że dorzucisz mu się do full exclusive.
  3. Przeczytaj na głos instrukcję obsługi kompresora, odkurzacza oraz tabliczki na drzwiach pomieszczeń technicznych („Klucz do rozdzielni znajduje się w skrzynce z kluczami”, wiedzieliście?)
  4. Obserwuj zmiany na wyświetlaczu cen ropy i benzyny i bij brawo za każdym razem, kiedy spada.
  5. Spytaj Tulipskiego, jak mu idzie, i uzyskaj odpowiedź, że śruby, które pasowały do tamtego koła, nie pasują do zapasowego a innych nie mamy.

Umrzemy tu, pomyślałam.

Awaryjne dojeżdżanie

Nie umarliśmy. Okazało się, że Tulipski trochę histeryzował, bo śruby nie tyle nie pasowały, co nie weszły do końca. Człowiek Dobrej Woli wyłożył nawet dlaczego, ale niespecjalnie mi to naświetliło problem, więc nie będę się kompromitować i próbować Wam tego tłumaczyć.

Po burzliwej dyskusji przerywanej czasem burzliwymi brawami Dzieckowskiej, która wciąż gapiła się na wyświetlacz cen paliw, opracowaliśmy rozwiązanie problemu. Rozwiązanie to polegało na dokręceniu śrub ile się tylko da, wykonaniu kilku manewrów na parkingu dla tirów celem sprawdzenia czy koło zgodzi się z nami, że taki montaż musi chwilowo wystarczyć, a w przypadku sukcesu, dojechanie na dwójce i awaryjnych światłach do oddalonego o kilka kilometrów wulkanizatora. Plan, o dziwo, wypalił.

Poradnik przetrwania z trzylatkiem u wulkanizatora Wam odpuszczę, podzielę się natomiast emocjami, które nam towarzyszyły w drodze do niego. Omówiliśmy je szczegółowo czekając na nowy wentyl.

Ja: Ale się denerwowałam.
Tulipski: Ja też, Tulipsko.
Ja: Też myślałeś, że odpadnie i zginiemy na miejscu?
Tulipski: Nie. Szlag mnie trafiał, kiedy wszyscy nas wyprzedzali.


Opcja dla introwertyków: jeżeli napisanie komentarza znajduje się na granicy Twojej strefy komfortu, możesz wybrać reakcję, która najlepiej oddaje Twój stan po przeczytaniu tego tekstu. Szybko, wygodnie i anonimowo. Nie dowiem się, że to Ty. Chyba że się dowiem.

2 odpowiedzi na “Złośliwość dwuśladów”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *