Kategorie
Porażki małe i duże

Raport z Likwidacji

Tulipskiemu

Być może zastanawialiście się kiedyś, czym zajmujemy się z Tulipskim, w sensie poza robieniem z siebie głupków w internecie. Przyznaję, że z punktu widzenia Czytelnika może być to kwestia zagadkowa. Bo co mogą zawodowo robić ludzie, którzy prawdopodobnie nie wygraliby Mistrzostw Polski w Nieogarnianiu, ale z pewnością wróciliby z nich z co najmniej Nagrodą Publiczności? Dla których sukcesem jest wykonanie ważnego zadania miesiąc po terminie, a zarządzać to potrafią co najwyżej przestrzenią dyskową?

Mogą wspólnie prowadzić firmę, rzecz jasna. I to taką, co ma pracowników a nawet (!)klientów.

Możliwe, że w tym momencie przeszło Wam przez myśl, jak to w ogóle możliwe. No więc spieszę poinformować, że macie słuszność, taki pomysł w naszym wykonaniu nie miał najmniejszych szans powodzenia, zwłaszcza że w przedmiocie prowadzonej przez nas działalności Tulipski miał pojęcie średnie, a ja żadnego. W związku z czym od końca stycznia firmy już nie prowadzimy.

Postanowiłam spisać ten nekrolog (bądź też raport z likwidacji) z dwóch powodów. Po pierwsze, bo istnieje szansa, że kiedy to spiszę, cała historia wyda mi się nawet zabawna. Po drugie, żeby zachować ciągłość wydarzeń dla przyszłych pokoleń i załatać dziurę mojej nieobecności.

Jak było

Jesteśmy z Tulipskim ludźmi niespecjalnie rozgarniętymi, ale jednak niepozbawionymi zdolności trzeźwej oceny sytuacji, więc taki obrót zdarzeń nie był dla nas szczególnym zaskoczeniem. Biorąc pod uwagę czynniki personalne, w zasadzie można uznać, że był wpisany w nasz biznes plan.

Ja tam to wiedziałam od razu, i najchętniej  zamknęłabym firmę na drugi dzień po założeniu, bo poległam na wypełnianiu jakiegoś formularza do ZUSu. Zamykałabym ją codziennie, gdyby nie powstrzymywał mnie Tulipski oraz strach przed formularzami, które trzeba wypełnić, żeby zamknąć działalność.

I jakoś się toczyło to nasze życie rekinów biznesu. Ja codziennie oświadczałam, że dłużej nie wytrzymam, to nie na moje nerwy, a Tulipski, że damy radę, bo kto jak nie my.

Potem przyszła pandemia a z nią tarcze antykryzysowe, wycelowane w, pardon, rozpostarte nad potrzebującymi pomocy. A przynajmniej niektórymi, bo my na przykład na żadną się nie kwalifikowaliśmy. Trochę pękałam z dumy, że chociaż raz najwyraźniej okazaliśmy się na coś za dobrzy, a trochę płakałam, że akurat na pomoc. Zastanawiałam się też, czy tarcze nie byłyby skuteczniejsze, gdyby służyły do chociażby ochraniania a nie wymachiwania w telewizji oraz czy wspaniałomyślni ich pomysłodawcy rozumieją różnice między dochodem a przychodem a wpływem na konto, ale co ja tam wiem.

W końcu nawet Tulipski przychylił się do mojej propozycji zwinięcia interesu. Jeżeli pandemia zrobiła jedną dobrą rzecz to właśnie tę: pomogła Tulipskiemu zrozumieć, że mam rację.

Sylwestra spędziliśmy opijając naszą przełomową decyzję ruskim szampanem. O jedenastej wieczorem, bo jak na mentalne dziady przystało, zaczęliśmy przysypiać po dziesiątej.

Tydzień pierwszy: Plan A

W Nowy Rok weszliśmy z przytupem, bo zostaliśmy w firmie sami a przed nami stało zadanie opróżnienia lokalu do końca miesiąca.

Przez pierwszy tydzień stycznia Tulipski zastanawiał się, jak skompresować zawartość tysiącmetrowej hali wypchanej po brzegi w taki sposób, by zmieściła się w naszym mieszkaniu, ewentualnie małym garażu. Ja wolałam się w rzeczonym temacie nie wypowiadać, żeby przypadkiem nie urazić jego potencjalnie pięknego umysłu.

Poza tym, miałam inne zajęcia. Jako koronawirusowe świry, w marcu zeszłego roku postanowiliśmy, że Dzieckowska nie wróci do przedszkola, dopóki sytuacja się nie ustabilizuje. Jak wszyscy wiemy, sytuacja się nie ustabilizowała, więc od roku albo woziliśmy Dzieckowską do pracy i udawaliśmy, że dajemy radę, albo siedzieliśmy z nią na zmianę w domu i też udawaliśmy, że dajemy radę. Myślę, że mógł to być jeden z czynników, które doprowadziły do naszego smutnego końca.

Niemniej, Likwidacja z Dzieckowską na pokładzie miała jeszcze mniejsze szanse powodzenia niż ta bez Dzieckowskiej, więc kiedy Tulipski wymyślał swoje algorytmy kompresji, ja każdy dzień miałam szczelnie wypełniony lepieniem sedesów z ciastoliny.

Tydzień drugi: Plan B

W drugim tygodniu stycznia kompresor ewidentnie nawalił, bo Tulipski zaczął samodzielnie wywalać wszystko jak popadnie na śmietnik.

Wtedy przyszła zima. Mroźna, sroga i śnieżna zima.

A ponieważ nasza firma zlokalizowana była na wsi, oznaczało to, że Tulipski każdy dzień musi zacząć od odśnieżania kilometrowego podjazdu oraz rozpalenia pieca. Akurat kiedy kończył, dzień chylił się ku końcowi a Tulipski ku ziemi.

W połowie tygodnia Tulipski zorientował się, że przy tym postępie prac będziemy mogli się wyprowadzić za jakieś dwa lata, więc wdrożyliśmy Plan B. Plan B polegał na ściągnięciu Taty Tulipskiego, żeby zastąpił mnie w lepieniu sedesów, żebym z kolei ja mogła zasilić szeregi likwidatorów. Z końcem drugiego tygodnia dalej nie było widać końca, oboje byliśmy na skraju wyczerpania fizycznego i załamania nerwowego, a Tata Tulipskiego musiał zakończyć swoją misję.

Tydzień trzeci: Plan C

Wtedy Tulipski wpadł na całkiem nowy i szczwany Plan C. Obdzwonił wszystkie zaprzyjaźnione i konkurencyjne firmy, które jeszcze nie upadły, i zaprosił je na wyprzedaż garażową. Zainteresowani dopiero na miejscu poznawali szczegóły promocji. Która polegała na tym, że mogą wziąć co chcą za ułamek wartości, pod warunkiem, że utorują sobie drogę przez śnieg do lokalu a zakupione fanty zostaną przez nich własnoręcznie wyniesione. Dzięki tej likwidacyjnej innowacji, z końcem trzeciego tygodnia pozbyliśmy się trzech czwartych zawartości hali.

Kiedy mój mąż wyprzedawał dom nasz i majętność całą za grosze, uznałam, że to jest moment, żeby zacząć myśleć o tym, z czego będziemy żyć. Ponieważ nie mogłam już zarabiać na tym, na czym się nie znam, wpadłam na pomysł, by dla odmiany zarabiać na tym, na czym się znam.

Ten nieoczekiwany przebłysk mojego geniuszu pozwolił nam nie tylko nie umrzeć z głodu, ale także wywrócił do góry nogami naszą i tak już zwichniętą rodzinną logistykę. Odtąd, kiedy Tulipski wracał na czworakach po robocie do domu, mógł już w tej pozycji pozostać, bo przejmował Dzieckowską, której wcale nie przeszkadzało, że konik jest niespecjalnie żwawy. Ja w tym czasie zamykałam się w sypialni, głucha na piski Dzieckowskiej i jęki Tulipskiego i pracowałam na przynajmniej częściowo godną przyszłość.

Szło mi na tyle dobrze i miałam na tyle mało czasu, że postanowiłam wstawać w środku nocy, czyli o godzinie szóstej rano, żeby nadrobić to, czego nie jestem w stanie zrobić w czasie swojej zmiany. Wtedy Dzieckowska również zaczęła wstawać o 6. Tulipski nie.

Tydzień czwarty: Jedziemy bez planu

Z początkiem czwartego tygodnia w firmie wciąż zalegała sterta rzeczy, których nikt nie chciał zabrać, chociaż na tym etapie Tulipski oferował je za darmo. Wszechogarniającego syfu też nikt za darmo nie chciał posprzątać. Nasz zegar tykał, więc przyszedł czas na zdecydowane kroki, czyli ściągnięcie kolejnych posiłków.

Tata Tulipskiego dochodził jeszcze do siebie po ostatnim, więc wystosowaliśmy nieco histeryczne zaproszenie do Siostry. Siostra, o dziwo, odpowiedziała na wezwanie, a nawet stawiła się na czas. Co oznacza, że to co w naszym odczuciu było nieco histeryczne, w rzeczywistości brzmiało jak ostatnie życzenie umierającego.

Siostra stanęła na wysokości zadania, bo nie dość że przyjechała, to jeszcze z kotem, zapewniając tym samym masę nowych wrażeń zarówno kotu, jak i Dzieckowskiej. Że o nas nie wspomnę. Bo zarówno kot jak i ja z Tulipskim w tym samym czasie odkrywaliśmy w sobie nowe, nieznane dotąd, pokłady możliwości fizycznych.

Pracowaliśmy jak maszyna. Ja rozwalałam wszystko w drobiazgi, by zmieścić się do ostatniego dostępnego kontenera a Tulipski jeździł po okolicznych chłopach i pytał czy nie chcą przyjąć złomu, makulatury, lub materiału na opał. Albo czy ewentualnie się nie nudzą, bo mamy świetną robotę. Potem ich zwoził i oprowadzał po włościach. Niektórzy wychodzili dzierżąc recyklingowe trofea, inni zostawali, przyłączając się do radosnej demolki. W obłokach kurzu i oparach potu stał zaś on. Tulipski z rozwianym włosem, niczym natchniony demiurg, który zupełnym przypadkiem miast w Genesis, znalazł się w epicentrum Apokalipsy.

Patrzył z oddali na zakurzony kawałek podłogi i mówił:

„Niech stanie się czystość.”

I stawała się czystość.

Wskazywał na jakiś zagracony kąt i mówił:

„Niechaj to wszystko zniknie.”

No i znikało.

Gdyby nie zasługi cudownego palca Tulipskiego, nasze dzieło zniszczenia prawdopodobnie nigdy nie doczekałoby się szczęśliwego finału.

A tak, z końcem stycznia opuściliśmy halę z lekkimi sercami i ciężkim bagażnikiem. Wiedząc, że wszystko co zrobiliśmy było bardzo dobre.

Co potem

W piątym tygodniu Tulipscy odpoczęli.

A potem zaczęliśmy się uczyć żyć w nowej rzeczywistości. Nie było to łatwe, bo owa rzeczywistość okazała się bardziej dynamiczna niż się spodziewaliśmy. W międzyczasie przyjechała bowiem znowu Siostra, tym razem, żeby z nami pomieszkać przez czas nieokreślony. Temat ten zasługuje na specjalną oprawę, więc pozwolę sobie go tu przemilczeć i wrócić do niego w nieokreślonej przyszłości.

Nasza nowa rzeczywistość miała jednak pewne stałe punkty. Na przykład taki, że ponieważ nie mogłam się już martwić o firmę, musiałam sobie znaleźć nowe powody do zmartwień. Szczęśliwie, nie musiałam długo szukać. Wątek potencjalnej śmierci głodowej pozostawał wciąż aktualny, chociaż nieco przybladł, bo o wiele bardziej prawdopodobna stawała się opcja, że pozabijamy się wzajemnie zanim w ogóle poczujemy ssanie w żołądkach. Siedzenie na kupie w domu ewidentnie nam nie służyło.

Aby zminimalizować ryzyko obu tych możliwości, rzuciliśmy się w wir pracy naprzemiennej. Z wyjątkiem Dzieckowskiej, która działała na pełnych obrotach od świtu do nocy. Niewiele mogę o tym okresie powiedzieć poza tym, że jestem przekonana, iż nastąpiło jakieś zagięcie czasoprzestrzeni. Dziś ze zdumieniem odkryłam, że mamy już marzec.

Niemniej, wygląda na to, że wróciłam do przynajmniej połowicznie żywych. Nie można tego powiedzieć o naszej firmie, ale uwierzcie, robimy co możemy, by jej ofiara nie poszła na marne.

Jesteśmy zdrowsi, silniejsi, i bardziej stabilni umysłowo niż kiedykolwiek. Mądrzejsi również, bo wiemy na przykład, że kiedy nie wymaga się od pracowników, by sprzątali po sobie swoje miejsca pracy, najprawdopodobniej nie będą tego robić. Odkryliśmy również mięśnie, których istnienia nie podejrzewaliśmy (wiedzieliście, że można mieć zakwasy na kciukach?). Dzieckowska nauczyła się, że znęcanie się nad zwierzętami skutkuje ich rychłą ucieczką. Kot Siostry nauczył się wskakiwać na dwumetrową lodówkę.

Myślcie co chcecie, ale dla mnie ta porażka smakuje jak sukces.


Opcja dla introwertyków: jeżeli napisanie komentarza znajduje się na granicy Twojej strefy komfortu, możesz wybrać reakcję, która najlepiej oddaje Twój stan po przeczytaniu tego tekstu. Szybko, wygodnie i anonimowo. Nie dowiem się, że to Ty. Chyba że się dowiem.

3 odpowiedzi na “Raport z Likwidacji”

” …akurat kiedy kończył i dzień chylił się ku końcowi …” – dlaczego to bogate w urok poezji zdanie wywołało u mnie nagły, bardzo burzliwy i hałaśliwy przypływ dobrego humoru?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *