Kategorie
Klan Porażki małe i duże

Najważniejszy jest dystans

— Co ty robisz? — Zapytał Tulipski, widząc mnie skuloną na podłodze w kuchni, robiącą głębokie wdechy i wydechy nad trzęsącym się w dłoni telefonem.

— Przygotowuję się psychicznie do trudnej rozmowy.

— Jakiej trudnej rozmowy? Z kim?

— No z tym kurierem, co go miałam poprosić, by przyjechał jutro zamiast dziś.

Festiwal Przydziału Cnót

Kiedy w szkole koleżanki śmiały się z moich włosów, Mama pocieszała mnie mówiąc, że gdy rozdawali ludziom urodę i rozum, ja ustawiłam się w kolejce po rozum. Nie wnikając w skuteczność takich metod wychowawczych w kształtowaniu mojej samooceny, uważam że Mama nie miała racji. Jestem przekonana, że podczas Festiwalu Przydziału Cnót nie stałam w żadnej kolejce, bowiem panicznie boję się tłumów.

Nie tylko zresztą tłumów. Z jakiegoś powodu ludzie przerażają mnie w każdej ilości, nawet pojedynczych sztukach, jeżeli są obcy i muszę z nimi rozmawiać. Tak, w tym kontekście rozmowa z kurierem należy do „tych trudnych”.

Sztuka przetrwania

Jakim cudem udało mi się przetrwać prawie trzydzieści lat? Cóż, szczęśliwie przyszło mi żyć w czasach, kiedy wiele codziennych spraw załatwia się poprzez interakcję z maszyną a nie drugim człowiekiem. Psychologowie i socjologowie przestrzegają przed zgubnymi skutkami pędzącej technologizacji; ja widzę w niej szansę na normalne (czytaj: komfortowe) funkcjonowanie.

Dodatkowo, pragnę zwrócić uwagę, że (wciąż) mamy rok 2020. Wiem, że wiele osób będzie go wspominać, hm, nienajlepiej, ale skupmy się na pozytywach. Ja zaliczam do nich dystans społeczny oraz izolację. Jeżeli takie stwierdzenie nie jest dla Was oczywiste, już tłumaczę: zalecenie, by ograniczyć kontakty z ludźmi to dla introwertyków jak Boże Narodzenie od marca do grudnia. W końcu możesz bezkarnie chować się przed innymi i nie jesteś brany za czubka. Ba, stajesz się przodownikiem izolacji, cudownym dzieckiem kwarantanny. Wirtuozem dystansu.

Dodajmy, że kwarantanna przyczyniła się do bezprecedensowego skoku cywilizacyjnego, bo niemal z dnia na dzień okazało się, że przez internet można załatwić jeszcze więcej. Co dla kogoś takiego jak ja stanowi prawdziwy dopust boży.

No ale nie wszędzie można, nie zawsze się da. Powiedziałabym nawet, że gdzie niegdzie nie można, czasem się nie da.

Dowód w sprawie

Ostatnio na przykład musiałam przedłużyć abonament mieszkańca na Peżota, bo poprzedni się skończył. Sytuacja była poważna, bo Tulipski przez kilka dni musiał biegać do bankomatu, by wybrać banknoty, następnie chodzić po okolicznych sklepach, by rozmienić papierki na bilon i jeszcze zdążyć je wrzucić do partkometru zanim Pan w Żółtej Kamizelce dobiegnie do naszego auta.

Tulipskiego ten stan rzeczy nie satysfakcjonował i jest w tym trochę mojej winy, bo zapomniałam mu powiedzieć, że takie sprawy w XXI wieku załatwia się przez aplikację. Nieważne. Nie sarkanie Tulipskiego zmotywowało mnie do odwiedzenia biura parkingów. Zmotywowały mnie koszty trzymania Peżota przez ten niecały tydzień na miejskim parkingu. Zmotywowały mnie tak bardzo, że decyzja o wyprawie zapadła w ułamku sekundy i kilkanaście minut potem byliśmy już w drodze.

Peżot jest niestety mój, zatem obowiązek przedłużenia abonamentu siłą rzeczy spadł na mnie. Zostawiłam Tulipskiego na pastwę Dzieckowskiej w samochodzie, żeby nie narobili mi wstydu i przy okazji nie złapali jakiegoś zbłąkanego wirusa, i poszłam. Ustawiłam się grzecznie w covidowej kolejce, zachowując wszelkie środki bezpieczeństwa z nawiązką, i czekałam.

Nie mając nic lepszego do roboty, zaczęłam się przysłuchiwać kolejkowym rozmowom. Dowiedziałam się, gdzie najszybciej załatwić kolonoskopię na NFZ oraz co robi ze swoim życiem syn sąsiadki i już mój mózg zaczął się wyłączać od nadmiaru pożytecznych informacji, gdy usłyszałam, że do przedłużenia abonamentu konieczny jest dowód rejestracyjny pojazdu. Dowód, który w moim przypadku został w pojeździe właśnie, z Tulipskim, pastwą i Dzieckowską.

Telefonicznie podzieliłam się tym przerażającym odkryciem z Tulipskim, a on zachował się skrajnie nieodpowiedzialnie, to znaczy tak, jakby mnie znał od wczoraj. Powiedział, żebym poprosiła kogoś, by zaklepał mi miejsce w kolejce i żebym skoczyła do auta. Spytałam czy jest nienormalny oraz czy raczy się jednak pofatygować, bo jeśli się do kogoś w takiej sprawie zwrócę, ta osoba z pewnością mnie zabije, o ile sama nie padnę trupem podczas próby odezwania się.

Na takie dictum Tulipski nie miał wyjścia i musiał opuścić auto razem z pastwą, Dzieckowską oraz dowodem rejestracyjnym. A ja się modliłam, by zdążyli przyjść zanim będzie moja kolej, bo inaczej nie uda mi się wejść nie zwracając na siebie uwagi. Zobaczyłam ich na horyzoncie w chwili, kiedy osoba przede mną weszła do lokalu. Poziom kortyzolu w mojej krwi nieznacznie się podniósł. Szli powoli, zatrzymując się co chwila, bo wiecie, tu listek, tam kałuża, o, piesek, kamyk, jaka fajna chmura. Zaczęłam nerwowo machać do Tulipskiego, czując, że zaraz zemdleję.

Rozgrzewka, maraton i wielki finał

Brakowało im kilku metrów, kiedy drzwi się otworzyły. Ochroniarz popatrzył na mnie zapraszająco, ja popatrzyłam na ochroniarza, potem na Tulipskiego i w całkowitym milczeniu rzuciłam się w dwie strony naraz. To znaczy jedną nogą zablokowałam drzwi a drugą zrobiłam wykrok w stronę Tulipskiego, lądując w efektownym szpagacie, w dodatku jedną ręką machając przepraszająco w stronę ciecia a drugą dramatycznie do Tulipskiego. Trudno mi powiedzieć, co działo się z moją twarzą. Moje akrobacje wywołały natomiast spodziewany efekt, to znaczy ciecia zamurowało, Tulipski ogarnął, że ma się pospieszyć a kolejka nie zaczęła klaskać.

Kiedy przekroczyłam próg z dowodem w zębach, kortyzol trochę się ustabilizował, ale nie na długo. Cieć zmierzył mi temperaturę, powiedział „z gorączką tutaj?”, wybuchł rubasznym śmiechem i sobie poszedł. Spanikowałam. Czy to była aprobata dla moich wyczynów gimnastycznych? Rolling joke na rozluźnienie atmosfery? A może on tak na serio? Czy puszczą mnie dalej? A przede wszystkim, CZY BĘDĘ MUSIAŁA SIĘ TŁUMACZYĆ?

Z rozważań wyrwało mnie wezwanie do okienka. Pani spytała czy mam dokumenty, a ja jej w myślach odpowiedziałam, że ależ oczywiście, ja jestem przygotowana, wszystko jest, proszę bardzo. Na co pani powiedziała, że jeszcze pit. JAKI PIT? – spytałam, tym razem już na głos. No PITu pierwszą stronę pani musi mieć, przecież wszystko jest na stronie, ludzie, czy wy czytać nie umiecie, powiedziała pani. Ponieważ kortyzol osiągnął wartość graniczną i nie byłam zdolna do powiedzenia niczego poza JAKI PIT, pani podpowiedziała, że jeżeli składałam PIT przez internet, to mogę go sobie ściągnąć i jej pokazać na telefonie. No, pani kochana, z nieba mi pani spadła, nie ma takiej rzeczy, której ja bym w internecie nie zrobiła, już się robi, minuta osiem i będzie po sprawie, powiedziałam znowu w myślach. Odpaliłam stronę podatkową i zamiast zwykłej radosnej czerwieni, zobaczyłam biały ekran z informacją, że padł im serwer. Mój hormon stresu dał znać, że dalej nie pojedziemy, więc wycofałam się najciszej jak mogłam, mając nadzieję, że moje oczy patrzą z nad maski wystarczająco przepraszająco, i opuściłam abonamentowy przybytek.

Jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy dogłębnie zbadać kwestię przedłużania abonamentu, żeby następnym razem oszczędzić mi stresu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że akcja była bezsensowna, bo nasz abonament został automatycznie wydłużony o ponad miesiąc ze względu na wiosenny lockdown i te kilkaset złotych, które wrzuciliśmy do parkingowej maszyny równie dobrze mogliśmy zetrzeć na papkę w blenderze.

Następnego dnia przeczytaliśmy w mediach, że wszyscy pracownicy abonamentowego przybytku zostali wysłani na kwarantannę, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że kontakty z ludźmi nie prowadzą do niczego dobrego.

Dwa dni później te same media doniosły, że właśnie wprowadzono możliwość przedłużania abonamentów przez internet.

Skok cywilizacyjny, mówiłam.


Opcja dla introwertyków: jeżeli napisanie komentarza znajduje się na granicy Twojej strefy komfortu, możesz wybrać reakcję, która najlepiej oddaje Twój stan po przeczytaniu tego tekstu. Szybko, wygodnie i anonimowo. Nie dowiem się, że to Ty. Chyba że się dowiem.

5 odpowiedzi na “Najważniejszy jest dystans”

Jesteś cudowna😀😀😀 w tej chwili nie jestem w stanie napisać nic mądrzejszego😂 uśmiałam się tak bardzo, bo to ja tak bardzo wyskakuję z tego tekstu, że bardziej się nie da😀 Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejcie, co czynię niniejszym 😉 Dzięki za moc radochy❤ Napisane oczywiście genialnie, jak zawsze!

Zaniepokoiłam się trochę tym PITem. Ale czytam i czytam i nie doczytałam się, aby do przedłużenia abonamentu mieszkańca (w Warszawie(?)) potrzebny był PIT?!

Ja to nie mam pojęcia, jak to działa, nie tylko w Warszawie ale w ogóle. Natomiast chodzą słuchy, że ma to związek z adresem zameldowania, a konkretnie sytuacji kiedy jest inny niż adres zamieszkania. Bo współczesne miasta aglomeracyjne nie znalazły, bidulki, sposobu, jak sprawdzić czy dany mieszkaniec czy mieszkanka rzeczywiście płaci podatki w miejscu, w którym mieszka a nie na przykład karmi inną gminę, więc zwala udowodnienie winy na owego mieszkańca lub ową mieszkankę. Też uważam, że to oburzające.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *