Kategorie
Klan Porażki małe i duże

Interwencje obywatelskie

Dziś wpis kryminalny, jeśli nawet nie sensacyjny, bo będzie o policji i wszystkim tym, co prowadzi do i wynika z kontaktów ze służbami mundurowymi. Nie przedłużam wstępu, bo jest co czytać, chociaż niewiele z tego wynika.

Prawo do zachowania milczenia

Moje kontakty z policją można policzyć na palcach jednej ręki i jeden nawet zostaje. Mam nadzieję, że ten stan palcowego licznika nie ulegnie zmianie, bo spotkań tych nie wspominam zbyt dobrze.

Moje pierwsze spotkanie z policją było skutkiem tego, że na skrzyżowaniu wjechałam w gościa który był za mną (nie pytajcie). Moja nieskłonna do pokojowego załatwienia sprawy ofiara płci męskiej wezwała policję, która nie dość, że orzekła moją winę, to jeszcze oświadczyła, że moje prawo jazdy jest nieważne od dwóch lat (o tym też nie będziemy rozmawiać). Na tym oświadczeniu się jednak nie skończyło, bo zostałam później wezwana na komendę, gdzie, ustami Tulipskiego oczywiście, musiałam zeznawać i błagać, by mnie nie aresztowali. Skończyło się na mandacie, ale od tamtej pory boję się siadać za kółkiem i przerażają mnie ludzie w mundurach.

Do mojego drugiego bezpośredniego kontaktu z policją  doszło, kiedy pewien niezwykle zabawny człowiek postanowił wybić przednią szybę i przedziurawić opony w Starej Renacie, i zostałam wezwana na komendę, by złożyć zeznania. Mimo że odpowiadałam w charakterze poszkodowanej a nie podejrzanej, trzęsłam się cała i nie mogłam wykrztusić słowa, święcie przekonana, że wszystko co powiem, może zostać wykorzystane przeciwko mnie. Na szczęście nie musiałam, bo Pan Starszy Aspirant napisał zeznania za mnie i kazał mi tylko podpisać. Teraz żałuję, że odebrało mi mowę i nie poprosiłam o kopię tego zeznania, bo przy twórczości Pana Starszego Aspiranta moje pisarstwo to niemal literatura faktu, niezwykle poważna w dodatku.

Trzeci raz był związany z wizytą dzielnicowego w naszym przybytku. Wszedł nieproszony i spytał czy będziemy w domu w określonym dniu w przyszłości (Tulipski: „Bezapelacyjnie! Do samego końca…”). Potem czy w mieszkaniu jest broń (Tulipski: „Oczywiście, jaką sobie szanowny pan życzy?”). Oraz czy utrzymujemy kontakty z osobami z zagranicy (Tulipski: „Notorycznie!”). Jak widać, Tulipski świetnie się bawił, odpowiadając na wszystkie pytania, natomiast ja siedziałam przerażona i oczami wyobraźni widziałam już oddział antyterrorystów wyprowadzający nas w kajdankach i blasku fleszy. Zbierając resztki odwagi, już miałam wyszeptać „Jesteśmy niewinni!”, kiedy dzielnicowy skończył przesłuchanie i wreszcie, zupełnie od niechcenia, rzucił, że wkrótce pod naszym domem przejeżdża jakaś ważna osobistość i przeprowadza rutynową kontrolę okolicy (czyli casting na potencjalnego zamachowca). Wypadliśmy przyzwoicie.

Czwarte moje spotkanie z funcjonariuszami polegało na tym, że o szóstej rano w pewną bezwietrzną sobotę zadzwonili domofonem, pytając czy jestem właścicielką Starej Renaty, bo jeżeli tak, to właśnie spadło na nią drzewo, nie jest im przykro, ale muszę zejść i podpisać protokół zdarzenia. O tym, co było potem, już pisałam. Nie wracajmy do tego. Plusem tej całej sytuacji było to, że podczas podpisywania protokołu nie trzeba było nic mówić.

Jak widać, moje relacje z policją są podwójnie pasywne, to znaczy po pierwsze, kontakt następuje wyłącznie z ich strony, a po drugie ja zawsze korzystam z prawa do zachowania milczenia. Na całe moje szczęście, tylko raz w życiu to ja musiałam wezwać ich i do dziś pękam z dumy, że podołałam. Bo o tym, że wizja rozmawiania przez telefon z operatorem numeru alarmowego, czyli jakby nie patrzeć obcym człowiekiem, napawa mnie przerażeniem, nie muszę wspominać.

Porządki rzeczy

Tyle jeśli chodzi o mnie. Tulipski, natomiast, policję uwielbia i gdy tylko ma okazję, by nawiązać z nią kontakt, bez zastanowienia z niej korzysta. I to nie tylko dlatego, że Tulipski po prostu lubi sobie pogadać i pożartować.

Otóż Tulipski kocha Porządek. Napisałam go z wielkiej litery, by było jasne, że mam na myśli porządek publiczny, wspólny, a nie taki prozaiczny, w mieszkaniu na przykład. Na dwuznaczność tego słowa zwróciła mi uwagę Dzieckowska, która wysłuchawszy któregoś razu moich błagań o pomoc przy sprzątaniu, zaproponowała, bym zadzwoniła po policję, to zrobią porządek. Dziękuję, Dzieckosko, złoto moje, Ty.

Wracając jednak do Tulipskiego, ponieważ każde zakłócenie Porządku wywołuje w nim palpitacje serca, a sam nie może wlepiać mandatów, wsadzać na dołek i siać postrachu (nad czym bardzo ubolewa), odwołuje się do instancji, która takimi uprawnieniami dysponuje. Czyli do Polskiej Policji.

Ilekroć poziom hałasu lub ogólnie czyjegoś zachowania przekroczy Tulipskiego granicę tolerancji, Tulipski łapie za telefon i wzywa służby porządkowe. W ten sposób wykurzyliśmy większość naszych uciążliwych sąsiadów, a od kiedy mieszkamy tu, gdzie mieszkamy, nasza dzielnica podskoczyła w rankingu bezpieczeństwa o 3 miejsca. Jeżeli któryś z moich Czytelników przypadkiem się w niej znajdzie, uprzedzam. Zachowujcie się jak należy.

Takie zgłoszenia to dla Tulipskiego chleb powszedni, poza tym po kilkunastu razach zaczęło mnie to nużyć. Kilka interwencji zasługuje jednak na wyróżnienie, i to na nich się teraz skupimy.

Interwencja pierwsza: Ryj

Mieszkaliśmy kiedyś w oficynie i ze wszystkich okien mieliśmy widok na smutne zabetonowane podwórko oraz odrapaną kamienicę naprzeciwko. A w zasadzie główną, frontową część kamienicy, w której mieszkaliśmy, a która miała kształt litery „U”. Nie mieliśmy więc w zwyczaju wyglądać przez okno, bo po co, ale kiedyś tak się złożyło, że przypadkiem wyjrzałam.

I zobaczyłam Ryj.

Ryj stał w oknie klatki schodowej naprzeciwko i, przeżuwając kanapkę, gapił się prosto w nasze okno. Pewnie jakiś robotnik ma przerwę śniadaniową, pomyślałam. Po upływie kwadransa znów spojrzałam w nieszczęsne okno, zastanawiając się, czy już skończył. Ryj stał dalej, ale już bez kanapki. Tulipska, masz manię prześladowczą, to tylko Ryj w oknie, pomyślałam znowu, postanawiając nie dzielić się swoim odkryciem z Tulipskim. Minęło kilkadziesiąt minut, które spędziłam na nerwowym wyglądaniu przez okno. Ryj dalej stał i patrzył, więc nie wytrzymałam.

— Tulipski, może jestem stuknięta, ale od godziny jakiś Ryj gapi się w nasze okno.

— Gdzie?

— Tam, na twojej jedenastej, między trzecim i czwartym piętrem. Tylko popatrz dyskretnie.

Tulipski popatrzył, zanotował godzinę i rozpoczął dyskretną obserwację zza zasłony.

Stali tak przez kolejną godzinę, Ryj obserwujący Tulipskiego i Tulipski obserwujący Ryj. Nic się nie wydarzyło i właśnie pomyślałam, że spędzimy tak wieczność, że to się nigdy nie skończy, kiedy Tulipski warknął:

— Padnij!

Nie zwlekając ani nanosekundy, runęłam na podłogę tuż przy kanapie i czekałam na strzały. Strzały nie nastąpiły, ale po kolejnych wielu minutach Tulipski wyszeptał:

— Podaj mi telefon, masz bliżej.

Z sercem tłukącym się w piersiach, przeczołgałam się przez pół pokoju, przykucnęłam pod biurkiem, wystawiłam rękę i na oślep wymacałam telefon. Z jeszcze bardziej tłukącym sercem przeczołgałam się z powrotem i podałam telefon Tulipskiemu, który wystukał numer alarmowy. Po tym wszystkim na wszelki wypadek przykryłam głowę poduszką. Niestety, nie słyszałam przez to części wypowiedzi Przyjmującej Zgłoszenie.

— Halo? Chcę zgłosić, że od trzech godzin jakiś Ryj gapi się w nasze okno.

— …?

— Nie.

— …?

— No mówię, że nie. Nie jest agresywny. Nic nie robi, gapi się tylko.

— …?

— Nie, nie znam, pierwszy raz na oczy widzę.

Czując, że to nie zmierza w dobrym kierunku, odsłoniłam głowę i licząc, że Tulipski umie czytać z ruchu warg (bo nie potrafi jednocześnie rozmawiać przez telefon i mnie słuchać), wyszeptałam dramatycznie:

— Powiedz, że czujemy się zagrożeni!

Tak zrobił. I wtedy usłyszałam głos z telefonu:

— Pańska godność?

Dobre pytanie. Tulipski czai się za zasłonką, ja leżę na podłodze z nogami częściowo pod kanapą. Co w takiej chwili można o naszej godności powiedzieć? Bywało lepiej? Poniżej dna? Tulipski jednak zachował zimną krew, lub raczej trafniej odczytał intencje pytającej, bo wziął głęboki oddech i rzekł. Z godnością.

— Tulipski.

Przyjechali po dramatycznej pół godzinie, a my przez cały ten czas nie ruszyliśmy się z naszych pozycji. Było ich dwóch, co zgodnie uznaliśmy za przejaw skrajnej ignorancji wobec czyhającego na nas niebezpieczeństwa. Zobaczyliśmy jak wchodzą po schodach, jak długo rozmawiają z Ryjem i schodzą razem z nim, wyraźnie czymś rozbawieni. Po czym zadzwonił dzwonek do drzwi.

Tulipski puścił zasłonkę i najciszej jak potrafił, podszedł, wyjrzał przez wizjer i, już o wiele bardziej rozluźniony, dał mi znak ręką, bym wstała z podłogi. Policjanci przywitali się, zadali kilka pytań, zapisali parę odpowiedzi i już mieli wychodzić, kiedy Tulipski zażądał wyjaśnień. Zaczęli coś mówić o jakiejś awanturze rodzinnej, zasiedzeniu lokalu, dwóch psach i Australii. Nic z tego nie zrozumiałam, w każdym razie okazało się, że to nie do nas Ryj coś miał, tylko do mieszkania, pod którym wysiadywał.

— I to tak panów ubawiło, jak go odprowadzaliście? — burknął Tulipski.

— Nie, nie. Ryj powiedział, że w sumie już dawno chciał odejść od okna i usiąść na schodach, ale zaobserwował dziwne państwa zachowanie i jak już raz zaobserwował, to już nie mógł przestać patrzeć.

Interwencja druga: Piłował ptaszek metalowy daszek

Innym razem Tulipski interweniował z pobudek, nie bójmy się tego słowa, obywatelskich. W innym mieszkaniu, ale za to tej samej dzielnicy. Była to sobotnia noc, jakoś przed północą. My na kanapie, robimy nic i rozkoszujemy się ciszą, gdy nagle przerwał ją okropny łomot dochodzący z ulicy. Nie chciało nam się wstawać, ale łomot przerodził się w straszne zgrzyty. Wyjrzeliśmy przez okno i ujrzeliśmy następującą scenę.

Słup ogłoszeniowy, drodzy Państwo. Słup typu gruba kolumna z ozdobnym daszkiem. Przy owym słupie typ, jedną nogą stoi na rozkładanej drabince a drugą na śmietniku, w jednej ręce dzierży młotek a w drugiej piłę ręczną, i na zmianę tłucze w daszek i go piłuje.

No bezczelny. Na pewno złomiarz. Albo złodziej. W środku nocy!

Tulipski oczywiście natychmiast zadzwonił na policję i modliliśmy się, by zdążyli przyjechać zanim rzeczony typ zniknie wraz z miedzianym daszkiem. Zdążyli. Pogadali, coś tam spisali, i—o zgrozo!—puścili typa wolno. A potem przyszli do nas. Wydaje mi się, że tylko dlatego, że jeden z nich był obecny na interwencji z Ryjem i nie chciał odpuścić okazji, by ponownie spotkać Tulipskiego. Zadał kilka pytań oraz wytłumaczył, że typ pracuje w firmie usuwającej plakaty i biedak nie wyrobił się ze wszystkimi zleceniami. Ten słup miał być jego ostatni. Mandat za zakłócanie ciszy nocnej przekracza jego urobek za jeden słup, i w dodatku go nie skończył, bo kazali mu iść do domu i wrócić o normalnej porze.

Nękany wyrzutami sumienia Tulipski postanowił odtąd dokonywać zgłoszeń anonimowo.

Interwencja trzecia: Straszny kantor

No ale żeby nie było, że wszystkie interwencje Tulipskiego przynoszą opłakane skutki, była też jedna, która zakończyła się nieprawdopodobnym sukcesem i ulgą wielu istnień ludzkich.

Była niedziela, bodajże trzecia po Wielkanocy, i z pobliskiego kościoła wytoczyła się gromadka ludzi. Tak samo jak w poprzednie dwie niedziele, gromadka ustawiła się na placu przed naszym domem, by następnie wyciągnąć megafon, złapać się za ręce i, tańcząc i śpiewając, podzielić się radosną nowiną o świeżym wciąż zmartychwstaniu z całym światem.

Cel, w jakim się zgromadzili, jest tu zresztą zupełnie bez znaczenia. Z jakiegoś powodu nasz plac jawi się jako idealne miejsce wszystkim, którzy chcą zaprotestować bądź w inny sposób zademonstrować swoje poglądy czy przynależność do danej grupy społecznej. Pikiety cyklistów, pieszych oraz kierowców (często równoległe acz nigdy wspólne), marsze narodowców, tęczowe parady, festiwal właścicieli jamników, ustawki kiboli, gale sprzedawców miodu i manifestacje ekologów to dla nas codzienność, i ta historia mogłaby dotyczyć każdej z nich.

Bo widzicie, nasza tolerancja przestaje działać, gdy komuś dzieje się krzywda. W przypadku kościelnej gromadki krzywda działa się akurat nam. A konkretnie naszym uszom, i prawdopodobnie uszom wszystkich w promieniu pięciu kilometrów, o ile nie zostały uprzednio zdeptane przez słonia.

Wszystko wskazywało na to, że kantor, który trzymał megafon i przewodził śpiewom, pierwsze i jedyne szlify zdobywał w koziej zagrodzie.

Znieśliśmy jakoś pierwszy jego występ, mając nadzieję, że będzie ostatnim. Gdy wrócił za tydzień, zamknęliśmy okno. Za trzecim razem nie wytrzymaliśmy. Tulipski miał w ręku telefon zanim kantor dokończył pierwsze „zmaaaaartwyyyyyychwstaaaaaał Paaaaaaaaaaaaaaaaan”.

— Halo, dzień dobry, chciałbym anonimowo zgłosić zakłócenie Porządku.

— Słucham, co się dzieje.

— Jakaś grupa ludzi wydziera się na placu pod naszym domem.

— Chwila, już sprawdzam… To jest legalne zgromadzenie.

— To coś takiego może być legalne?!

— Tak, zgromadzenie jest zgłoszone.

— I nic się nie da zrobić? — powiedział Tulipski, blednąc. Jeszcze nigdy policja tak go nie zawiodła.

— Nie da się, proszę pana.

— Błagam, czy pani to słyszy?! — wrzasnął, wystawiając telefon przez okno, być może mając nadzieję, że gdy oficerce dyżurnej zwiędną uszy, okaże więcej zrozumienia.

— Bardzo mi przykro, ale na to nie ma żadnego paragrafu. — przykro, znaczy obudził w niej jakieś ludzkie uczucia.

— W takim razie zgłaszam, że to zgromadzenie obraża moje uczucia religijne. — wyrecytował z powagą, ale po twarzy widziałam, że wstąpiły w niego nowe siły.

— Rozumiem. Przekażę informację do ochraniającego patrolu.

Nie minęło pięć minut, kiedy z pobliskiego radiowozu wygrzebał się mundurowy. Zatkawszy uszy, podszedł do kantora i nawrzeszczał mu coś do ucha. Kantor zbladł, potem zrobił się cały czerwony, a następnie wrócił do przerwanej pieśni, ale tym razem megafon zagrzmiał o połowę ciszej. Wystarczająco, by zagłuszyć go muzyką z hi-fi Tulipskiego i nie zostać zmiecionym z powierzchni ziemi przez infradźwięki.

Za tydzień wrócili znowu, ale tym razem Tulipski był przygotowany i interwencja przebiegła dużo sprawniej. Podobnie jak sześć kolejnych. Siódmej nie było i do dziś nie wiemy, czy kantor przeżył załamanie nerwowe, czy odbębnił już wszystkie wymagane godziny, by awansować na rezerwowego organistę.

Na koniec

Nie wiem, czy czegoś z tego wpisu możecie się nauczyć, ale gdybym miała jakoś podsumować wnioski, jakie wyciągnęłam z moich kontaktów z policją, pamiętajcie:

  1. Szanujcie wolność zgromadzeń i własną wrażliwość estetyczną.
  2. Na wszelki wypadek dokonujcie zgłoszeń anonimowo.
  3. Kiedy czujecie się obserwowani, nie chowajcie się za zasłonką.
  4. Macie prawo do zachowania milczenia. Korzystajcie z niego wedle własnego uznania i możliwości.
  5. Na skrzyżowaniu ruszamy do przodu.

Opcja dla introwertyków: jeżeli napisanie komentarza znajduje się na granicy Twojej strefy komfortu, możesz wybrać reakcję, która najlepiej oddaje Twój stan po przeczytaniu tego tekstu. Szybko, wygodnie i anonimowo. Nie dowiem się, że to Ty. Chyba że się dowiem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *